nn

Pułk w akcji Zemsta

Pułk podczas akcji Zamsta nie posadał dowództwa, a batalionami dowodził bezpośrednio dowódca 7 Dywizji Piechoty AK. Po odwołaniu marszu na pomoc walczącej Warszawie bataliony samodzielnie wróciły na swój teren działania. 

Historia mobilizacji batalionów oraz ich udział w akcji Zemsta przestawiaona pod linkiem. 

Po zakończeniu akcji Zemsta bataliony powróciły na swój teren. Ten rozdział poświecony jest ich działaniom zbrojnym jesienią 1944 r.

Utworzenie dowództwa 74 pp

W ostatnich dniach września 1944r. dowódca 7 Dywizji Piechoty zaplanował koncentrację samodzielnie działających dotąd batalionów 74 pp.

Świderski Hipolit "Jur", po lewej, podczas Burzy.

     Bataliony zakwaterowały w wiosce Pękowiec na terenie Placówki Kurzelów w Obwodzie Włoszczowa. I batalion 74 pp dotarł tam w ostatnich dniach września z terenu Obwodu Radomsko gdzie walczył praktycznie od zakończenia akcji Zemsta. II batalion, który przez cały czas przebywał na terenie Obwodu Włoszczowa, dotarł tam 28 września wieczorem. Prawdopodobnie razem z nim dotarł tam dowódca 7 Dywizji Piechoty płk Karol Gwido Kawiński „Czesław”.
     Już następnego dnia, 29 września 1944r. bataliony zostały połączone w całość i dowódca 7 dywizji powołał dowódcę 74 pułku piechoty. Został nim mjr Hipolit Świderski „Jur”, „Szary” dotychczasowy dowódca I batalionu. Prawdopodobnie jeszcze tego samego dnia powołał on sztab pułku opierając się na oficerach ze sztabów batalionów.

Zmiana dowódcy

30 września 1944r., prawdopodobnie decyzją Komendanta Okręgu Kielce, doszło do zmiany na stanowisku dowódcy pułku.

     Nowym dowódcą pułku został mjr Adam Szajna „Kruk”, „Roztoka” dotychczasowy Szef Oddziału I Organizacyjnego Komendy Okręgu Kielce. Od lipca 1944r. w związku z podziałem Komendy Okręgu na cztery rzuty staje na czele Rzutu IV i kwateruje w Martyniku koło Włoszczowy.

     Część materiałów podaje, że powodem zmiany na stanowisku dowódcy były odnowione rany jakich doznał Świderski podczas śledztwa w Gestapo. Zapewne miało to wpływ na decyzję, choć trudno podejrzewać, że o odnawiających się ranach nie wiedział dowódca 7 dywizji powołując go na stanowisko. Dodatkowo niemożliwe jest aby w ciągu jednego dnia wiadomość o tym dotarła do Komendanta Okręgu, a ten podjął decyzję i przekazał ją do realizacji. 

Szajna Adam "Roztoka"

     Być może wpływ na decyzję o zmianie na stanowisku dowódcy pułku miał także fakt, że Obwód Włoszczowa od połowy sierpnia nie miał Komendanta. Żołnierze obu batalionów w dużej części rekrutowali się właśnie z terenu obwodu i naturalnym było, że dowódcą jednostki miejscowy komendant struktur terenowych. Potwierdza to, fakt, że w listopadzie 1944r., po demobilizacji oddziałów pułku, mjr Szajna objął funkcję Komendanta Obwodu Włoszczowa.
     Niezależnie od powodów decyzji zmiana na stanowisku dowódcy pułku nie była dla Świderskiego karą. Został on przeniesiony na stanowisko zastępcy Inspektora Częstochowskiego.

Normalna służba

Zgodnie z rozkazem dowódcy 7 Dywizji Piechoty w batalionach 74 pp prowadzono intensywne szkolenie.

     Prowadzono także drobne akcje bojowe. Najwyżej siłami kompanii, stąd opisane są w części dotyczącej batalionów. Podczas pierwszej części października dokonano wielu przesunięć żołnierzy, aby wyrównać poziom wyszkolenia bojowego poszczególnych jednostek.
     Praktycznie od dnia powstania pułku pod jego opieką znajdował się płk Przemysław Nakoniecznikoff – Klukowski „Kruk II” (cichociemny zrzucony z 21/22 wrzesień 1944r. na placówce zrzutowej pod Czaryżem). Przez pierwsze tygodnie przebywał pod opieką operującej w tej części Obwodu Włoszczowa 2 Dywizji Piechoty Leg. „Kruk II” pozostawał przy pułku bez określonego przydziału funkcji (czekał na decyzję Komendy Głównej AK o przydziale). Pomagał przy szkoleniu oficerów i podoficerów oraz wygłaszał pogadanki na temat walk Korpusu Polskiego w Afryce i we Włoszech. 28 października 1944r. odszedł z pułku do Krakowa gdzie objął funkcję Komendanta Okręgu.
5 października płk Karol Gwido Kawiński „Czesław” zarządził zmianę dotychczasowych kryptonimów. Nie dotyczyło to pułku bowiem nie posiadał on wcześniej własnego kryptonimu. Od tego dnia występował jako „Chrobry”, I batalion – „Las”, a II – „Wojna”.
     Jednocześnie wykonywano rozkaz szczegółowy dowódcy 7 DP z dnia 8 października 1944r. nakazujący przygotowania do demobilizacji jednostek. Zapewne chcąc po raz ostatni przed demobilizacją dokonać przeglądu jednostek dowódca pułku, w porozumieniu z dowódcą dywizji zarządził na dzień 24 października 1944r. koncentrację jednostek.

Koncentracja

Dowódca  74 pułku piechoty AK, major Adam Szajna „Roztoka”,  nakazał na 24 października koncentrację wszystkich podległych sobie oddziałów wchodzących w skład pułku. Na miejsce koncentracji wyznaczono lasy krzepińskie.  

Gwidon Kawiński "Czesław"

Celem koncentracji było podniesienie wartości bojowej oddziałów, które w pewnej części były zdemobilizowane po akcji „Zemsta”. Na zgrupowanie oddziały miały przybyć w pełnych składach osobowych i z pełnym wyposażeniem. Do Krzepina przyjechał także płk Gwidon Kawiński „Czesław” dowódca 7 Dywizji Piechoty AK (w jej skład wchodził pułk).
Koncentracja była połączona ze szkoleniem dowódców, prowadzonym przez płk. Nakoniecznikoff-Klukowskiego „Kruk”, stąd w krzepińskim dworze ulokowano sztaby batalionów, sztab pułku oraz dowódcę 7 DP. Także zwiady konne pułku i dywizji oraz radiotelegrafiści ulokowali się w zabudowaniach dworskich.

     Poszczególne oddziały rozlokowano w następujący sposób:
-I batalion, kryptonim „Las", w sile 483 ludzi dowodzony przez Mieczysława Tarchalskiego "Marcin" zajmował folwark Krzepin,
-II batalion, kryptonim „Wojna", w sile 294 ludzi dowodzony przez Franciszka Pieniaka „Przebój" zajmował wieś Zagórcze (dzisiejszy przysiółek Krzepina).

     Na koncentrację dotarł także Eugeniusz Kaszyński „Nurt” dowodzący zgrupowaniem 2 ppLeg. (nazywany też batalionem świętokrzyskim), który miał ubezpieczać koncentrację ćwiczących oddziałów. Zakwaterował w rejonie wsi Bałków. Batalion liczył ok. 300 żołnierzy.
     Tak więc siły AK wynosiły ok. 1160 ludzi z czego: 74 pp - 777 ludzi, służby pułkowe i dywizyjne – 80 żołnierzy, batalion 2 ppLeg. – ok. 300 ludzi.

Bitwa pod Krzepinem - 27 października 1944 r.

Prowadzenie szkolenia oraz zmiany organizacyjne nie zwalniały dowództwa z przygotowania się do odparcia ewentualnego, niemieckiego ataku. Oddziały nie prowadzące ćwiczeń tworzyły linię ubezpieczeń pilnujących koncentracji. W dniu 27 października rozpoczęły one walkę z obławą. 

Linia obrony

I batalion, Mieczysława Tarchalskiego „Marcin”, zajmował północny odcinek rejonu zgrupowania czyli wieś Krzepin. Linia jego placówek ciągnęła się na przestrzeni 2 km umacniając stronę północną i zachodnią zgrupowania, tj. skrzyżowanie dróg na Włoszczowę i Bebelno oraz drogę na Zakrzów i drogę na Wałkonowy.

II batalion, Franciszka Pieniaka „Przebój”, zajmował pobliską wieś Zagórcze (dzisiejszy przysiółek Krzepina). Jego zadaniem było ubezpieczanie drogi do Wałkonów Górnych oraz strony południowej i wschodniej zgrupowania.

W pobliskim Bałkowie stacjonował natomiast batalion – który miał stanowić ubezpieczenie z południowego kierunku.

 

     Oddziały miały się wzajemnie wspierać żądając wsparcia w razie potrzeby przez radio. W tym celu Eugeniusz Kaszyński „Nurt” wysłał patrol radiowy z krótkofalówką do 74 pp. W razie otoczenia siły polskie miały w wybranym miejscu rozerwać pierścień nieprzyjacielski i wykonać odskok na nowe pozycje obronne.

     Oddziały które nie miały służby przechodziły w dniach 25 i 26 października, intensywne szkolenie. Dotyczyło to szczególnie II batalionu, który przechodził także częściowe zmiany organizacyjne.

     Wszystko wskazuje na to, że przemarsze oddziałów były powodem wznowienia przez Niemców operacji partyzanckiej. Nadano jej kryptonim „Hubertuseinsatz”, a jej celem było opanowanie sytuacji na zapleczu bliskiego już frontu i likwidacji oddziałów leśnych. Już wieczorem 26 października pierwsze oddziały niemieckie dotarły do pobliskiego Bebelna, a o świcie dnia następnego wyszły z Włoszczowej oddziały żandarmerii i piechoty o łącznej sile trzech batalionów. Siły te składały się z żandarmerii oraz z oddziałów tyłowych Wehrmachtu  dozorujących kopanie rowów na tzw. Grzędzie Małogoskiej.

Pierwsze walki

Fryderyk Serafiński „Drabina"

Walki rozpoczęły się 27 października ok. godz. 7-8 w różnych miejscach partyzanckiego frontu. Początkowo Niemcy odnieśli kilka lokalnych sukcesów.

     Placówka z 1 kompanii Fryderyka Serafińskiego „Drabina" obsadzająca drogę z Zakrzewa do Krzepina została zmuszona do wycofania.

     Podobnie stało się  na kierunku Wałkonowy – Krzepin. Znajdująca się tam placówka z 3 kompanii Józefa Kaszy-Kowalskiego „Alm" przyjęła na siebie silny impet niemieckiego uderzenia. Dysproporcja sił była olbrzymia. Także ta placówka po ostrzelaniu przez siły niemieckie została zmuszona do odwrotu. Padli jednak piersi zabici. To właśnie wtedy zostali zabici pchor. Stefan Siemieński "Kłos" i kapral pchor. NN „Jagiełło".

     Zaatakowana została także placówka wystawiona przez II pluton 2. kompanii, 74. pułku piechoty, dowodzonej przez Floriana Budniaka „Borsuk”, usytuowana w rozwidleniu dróg prowadzących do Bebelna i Włoszczowy. Dysponując przewagą ogniową hitlerowcy obłożyli stanowiska placówki silnym ogniem ciężkich karabinów maszynowych i moździerzy. Spowodowało to chwilowe zamieszanie wśród żołnierzy bowiem przed taką bronią nie mogli się uchronić. Nakazano wycofanie placówki z rozpoznanych już przez Niemców pozycji. Jednocześnie o sytuacji poinformowano dowództwo.

     Dla wsparcia placówki skierowano pozostałą część II plutonu Czesława Skowrońskiego „Kret” i III pluton Teofila Baryły „Uparty”. Plutony te były dowodzone przez zastępcę dowódcy 2. kompanii Bronisława Skurę  „Robotnika”. Wojska niemieckie nie zdążyły przygotować swoich sił do natarcia i zaskoczone przez partyzanci atak przystąpiły do walki z kolumny marszowej. Oddział niemiecki zaatakowany przez wymienione plutony od czoła i z boku, nie chcąc dopuścić do oskrzydlenia swych sił, zaczął wycofywać się lasem w kierunku Bebelna. Siły nieprzyjacielskie były nękane ogniem broni maszynowej aż do osiągnięcia przez nich zabudowań Bebelna. Niemcy w odwrocie pozostawili wóz z amunicją i moździerzem.

     Około godziny 9 oddział konnej żandarmerii, w sile około 40 ludzi, nadjechał na leśną polanę w pobliżu stacjonowania zgrupowania 2 ppLeg. gdzie został rozproszony ogniem moździerza tracąc zabitych i rannych. Po rozpoznaniu tego kierunku oddziały niemieckie więcej nie niepokoiły zgrupowania.

Przegrupowanie

Zygmunt Szpak „Stefan”

Opór wszystkich pododdziałów dał  czas dowództwu pułku do podjęcia odpowiednich decyzji. Polecenia wydawał zapewne dowodzący koncentracją major Adam Szejna „Roztoka”, który po otrzymaniu pierwszych meldunków nakazał kwatery sztabów, a tabory i pododdziały konne przeprowadzić na południe do lasku obok wsi Zagórcze.

     Jednocześnie rozkaz prowadzenia działań obronnych otrzymał dowódca I batalionu „Marcin”, którego oddziały prowadziły walkę. Trzeba jednak zaznaczyć, że głównodowodzącym był major „Roztoka”.

     Część kolumny nieprzyjacielskiej, przemieszczającej się po osi Wałkonowy Górne – Zagórcze, po dotarciu do skraju lasu zaczęła ostrzeliwać ogniem z broni maszynowej Krzepin, a zwłaszcza oddziały osłaniające dowództwo pułku oraz gości ewakuujące się z dworu w Krzepinie w kierunku południowym. Przy udziale pozostających na miejscu sił Mieczysław Tarchalski „Marcin” zorganizował obronę. Do dyspozycji miał pozostający w odwodzie plutonu z 1. kompanii Zygmunta Szpaka „Stefan”, spieszonych kawalerzystów ze zwiadu oraz pluton osłony radia. Oddziały te zaczęły bronić się zza muru i budynków dworu w Krzepinie. Sam „Marcin” zajął stanowisko dowodzenia przy drodze między wsią Krzepin, a zabudowaniami folwarcznymi.

     Podczas tych działań „Marcin” został lekko ranny w kark, ale w dalszym ciągu dowodził walką. Wysyła gońców z rozkazami do walczących kompanii, by utrzymywały się na swoich stanowiskach do zmierzchu, a następnie wycofywały się na południe, w kierunku wsi Zagórcze. Przewidujący dowódca zdaje sobie sprawę, że to dopiero początek niemieckiej operacji, a ze względu na ukształtowanie terenu będzie się ona odbywała w różnych miejscach.

Pierwszy sukces

Józef Kasza Kowalski „Alm"

Plutony II „Kreta” i III „Upartego” z 2. kompanii, po odparciu sił niemieckich w kierunku Bebelna pozostawiły tam placówki ubezpieczające, a same zajęły nowe stanowiska na skraju lasu na południe od Krzepina.

     Po przybyciu na nowe miejsce, skraj lasu przy drodze Krzepin – Włoszczowa, szperacze ubezpieczenia zgłaszają, że na przedpolu znajduje się znaczne zgrupowanie niemieckie, które zajmuje stanowiska bojowe. Był to niemiecki oddział, który z pewnym opóźnieniem nadciągnął drogą z kierunku Włoszczowy i spodziewał się napotkać w tym miejscu własne oddziały, a nie partyzantów.  

     Wysłany na rozpoznanie patrol III plutonu 2 kompanii pod dowództwem ppor. Teofila Baryły „Uparty” rozpoznał 15 do 20 koni wierzchowych, trzymanych przez grupę koniowodnych poza nią znajdowała się kolejna grupa niemieckiej piechoty. "Uparty" rozkazał otwarcie ognia. Luzacy-koniowodni puścili konie, które wpadły na stanowiska nieprzyjaciela. W tym momencie III pluton otworzył ogień. W tym ogólnym zamieszaniu nieprzyjaciel został otoczony i zmuszony do poddania się. Początkowo Niemcy nie chcieli złożyć broni, ale gdy zauważyli wychodzące z lasu dalsze siły poddali się.

Kontruderzenie

Jak pamiętamy w pierwszym uderzeniu placówka ubezpieczająca z 1 kompanii Fryderyka Serafińskiego „Drabina" obsadzająca drogę z Zakrzewa do Krzepina została zmuszona do wycofania. Podobnie stało się na kierunku Wałkonowy – Krzepin. Znajdująca się tam placówka z 3 kompanii Józefa Kaszy-Kowalskiego „Alm" także była zmuszona do wycofania się.

     Dopiero kiedy do walki weszły główne siły obu kompanii niemiecki marsz został zatrzymany, ale i tak oddziały wroga zajmowały już stanowiska z których bezpośrednio ostrzeliwały oddziały AK w okolicach dworu.

Bitwa pod Krzepinem. Opr. własne na podst. W. Gałuszko, Komendant „Marcin” Mieczysław Tarchalski

     Dowódca pułku wydał rozkaz kontruderzenia, aby odrzucić niemieckie oddziały z zajmowanych pozycji. Jako wsparcie operacji skierowana została 5. kompania (wywodząca się z  BCh) dowodzona przez Tadeusza Kamlińskiego „Boryna” z II batalionu, która przeprowadziła atak od strony wsi Zagórcze na niemieckie skrzydło zmuszając oddział do wycofania się w kierunku na Wałkonowy Górne.

     Atak przeprowadzony ze dwóch stron wprowadził zamieszanie w niemieckich szeregach. Część z żołnierzy zaczęła się wycofywać w kierunku na Wałkonowy, ale część znalazła się w okrążeniu. Początkowo grupa ta, nie chciała złożyć broni, przypuszczając, że ma przed sobą niezbyt silne zgrupowanie partyzanckie i dopiero widząc przewagę partyzancką poddała się.

     Po początkowym sukcesie major  "Roztoka" zarządził przeczesanie lasu w kierunku na Wałkonowy, w rezultacie czego schwytano jeszcze kilku jeńców.

     Około godziny 14 walka ustała. W miejsce stacjonowania dowództwa zaczęli napływać ranni. Odnotowano, że pomocy lekarskiej wymagali byli: por. Florian Budniak „Andrzej”, por. Antoni Jacuński „Rak”, ppor. Fryderyk Serafiński „Drabina” oraz dwaj żołnierze o nieustalonych personaliach. Służba sanitarna udzieliła też pomocy nieokreślonej liczbie lekko rannych żołnierzy. Nie jest to odnotowane w meldunkach, ale niewątpliwie tacy byli, jak np. „Marcin”, który pomimo lekkiej rany nadal dowodził batalione.

     Podczas walk zginęło 3 żołnierzy Armii Krajowej: kapral podchorąży NN „Jagiełło” i kapral podchorąży Stefan Siemieński „Kłos”, obaj z 3 kompanii oraz kapral Kazimierz Więckowski „Szczerba” z 2 kompanii. Zostali oni pochowani w lesie obok Zagórcza gdzie stacjonowało dowództwo.

     Do tego samego miejsca sprowadzano także jeńców. Wśród wziętych do niewoli byli formacje SS, SD, Wermacht, żandarmi oraz Schupo. Sprowadzanych jeńców ustawiano w szeregu. Przypadek sprawił, że wśród partyzantów znajdował się 13-letni wówczas Adam Kulis który wcześniej był pucybutem w niemieckiej palcówce we Włoszczowie. To on wskazał tych funkcjonariuszy którzy byli  za mordy na okolicznej ludności, zwłaszcza za masakrę we Włoszczowie z 31 października 1943 i w Bichniowie 29 listopada 1943 r.

     Funkcjonariusze ci byli wyciągani z tłumu jeńców i odprowadzani na bok. Na tych oprawcach postanowiono w akcie zemsty wykonać natychmiast egzekucję (przypominamy, że dowództwo Armii Krajowej nie pozwalało mordować jeńców, ale rozkaz ten nie dotyczył tych przedstawicieli administracji okupacyjnej, którzy mieli krew Polaków na swoich rękach). Łącznie rozstrzelano 12 Niemców odpowiedzialnych za morderstwa na Polakach.

Po bitwie pod Krzepinem, przed dworem Siemieńskich. Od lewej: Marian Nitecki „Pikador”, Mieczysław Tarchalski „Marcin” i Dymitr Karpow "Dymitr"

      Widok rozstrzeliwanych kamratów uświadomił pozostałym jeńcom, że ich los może być podobny. Zaczęli klękać przed partyzantami i prosić o darowanie życia. Kres temu biadoleniu położyło przemówienie Mieczysława Tarchalskiego „Marcina”. Przemówienie powtarzał tłumacz, a jej sedno polegało na tym, że: Armia Krajowa jest Wojskiem Polskim i przestrzega konwencji genewskiej o jeńcach wojennych w związku z czym jeńcy zostaną wypuszczeni na wolność”.

     Pojmani niemieccy żołnierze długo nie mogli uwierzyć, że ich wróg daruje im życie. Kiedy dotarło do nich, że to prawda uświadomili sobie swoje tragiczne położenie. W terenie opanowanym przez polskie oddziały bez broni… Jeńcy bali się, że idąc przez taki teren wpadną w ręce innego oddziału podziemia. W związku z tym poprosili polskie dowództwo o eskortę i wyprowadzenie z niebezpiecznego dla nich terenu. Prośba została spełniona. Jeńców puszczono wolno dając im eskortę, prawdopodobnie jedna drużyna,  przez tereny zajęte przez wojska AK. Jak się później okazało wypuszczonych Niemców, nocą ostrzelały pod Włoszczową ich własne oddziały (9 zginęło), biorąc ich za oddział partyzancki.

Podsumowanie

W ten sposób zakończył się ciąg zdarzeń jaki miał miejsce 27 października w Krzepinie i okolicy. Czas na podsumowanie. Straty nieprzyjaciela to 30 zabitych (w tym dwaj oficerowie SS) i 3 rannych (18 poległych w walce i 12 rozstrzelanych). Do niewoli wzięto 99 Niemców różnych formacji. Zdobyto 1 moździerz 81 mm, 12 rkm, 36 pm, ponad 30 kb, dwa wozy amunicji i 16 koni wierzchowych. Wśród dokumentów znalezionych u wziętych do niewoli oficerów SS znajdował się rozkaz dla niemieckich grup operacyjnych w tej akcji. Zawierał on m.in. znaki rozpoznawcze oraz kod rakiet świetlnych.

Bitwa pod Kossowem - 28 października 1944 r.

Wraz z nastaniem zmroku oddziały Armii Krajowej, zgodnie z logiką walki partyzanckiej, odeszły z miejsca walki. Bataliony przeszły ok. 10 kilometrów co wydawać by się mogło zbyt małą odległością, ale zapewne dowódcy liczyli, że Niemcy będa właśnie oczekiwali na dłuższy odskok i poszukiwania partyzantów skierują w odległą okolicę. 

Nocny przemarsz

Mapa lasów w których kwaterowało zgrupowanie

Wieczorem 27 października mjr. „Roztoka” zarządził przemieszczenie sił partyzanckich w nowe miejsce. Dowódca 74 pp najpierw wysłał zwiad konny, którego zadaniem było sprawdzenie terenu i zapewnienie przygotowania posiłku. Śladem konnych podążały wszystkie oddziały biorące udział w koncentracji w lasach krzepińskich. Posuwały się one w następującym szyku: pluton straży przedniej, I batalion 74 pp, tabory, II batalion 74 pp i  jako straż tylna I batalion 2 ppLeg.

     W ten sposób około północy oddziały dotarły do Kraskowa gdzie zarządzono postój na posiłek. W jego trakcie mjr „Roztoka” wyraził duże uznanie dla oficerów i żołnierzy biorących udział w bitwie z silnym i dobrze uzbrojonym przeciwnikiem. Omówiono także dalszą trasę marszu i następne miejsce postoju. Po trzygodzinnym postoju zgrupowanie wyruszyło w dalszą drogę omijając Krasówek pułk wszedł w lasy w okolicy Kossowa.

     Około godziny 5 rano zgrupowanie dotarło do osady leśnej Budki-Pączków. Osada ta znajdowała się pośrodku kompleksu leśnego, który graniczył od zachodu z Krasowem i Radkowem, od południa z Kossowem i Chyczą, od zachodu z drogą Oksa - Nagłowice, od północy z drogą Dąbie – Rzeszówek - Oksa.

Rozmieszczenie oddziałów

Plan bitwy pod Kossowem

Po dotarciu na miejsce poszczególne oddziały zostały rozlokowane w następujący sposób. Dowództwo 7 Dywizji Piechoty AK oraz sztab 74 pp zajęły kwatery w osadzie Budki-Pączków,

I batalion 74 pp dowodzony przez Mieczysława Tarchalskiego „Marcin” swoje siły rozlokował w następujący sposób:

1 kompania obsadziła stronę zachodnią kompleksu, 

2 kompania zajęła stanowiska od strony Kossowa, wysuwając placówkę na skraj lasu, 

3 kompania pozostawała w odwodzie  obsadzając jedynie placówką drogę w kierunku wsi Dąbie.

     Szczególne zadanie przeznaczono dla kawalerzystów. Por. „Marcin” wystawił placówkę zwiadu konnego pod dowództwem sierżanta Mieczysława Gredki „Zeus” na skraju lasu od strony północno-zachodniej. Zadaniem tej placówki było obserwowanie mostku na rzeczce Biała Nida oraz stojącego obok młyna. W wypadku pojawienia się placówka miała natychmiast poinformować o tym dowództwo i w miarę możliwości powstrzymywać niemiecki napór.

II batalion 74 pp, dowodzony przez Franciszka Pieniaka "Przebój", zabezpieczał miejsce postoju od strony południowej nadzorując leśną drogę z Kossowa do Oksy i ewentualny kierunek natarcia z Chyczy,

I batalion 2 ppLeg, zabezpieczał teren od wschodu z kierunku Oksy.

     Dowództwo oddziałów miało nadzieję, że uda się bez walki przetrwać choć jeden dzień, aby zmęczeni walką i późniejszym marszem żołnierze mogli odpocząć. W związku z tym nakazano aby ogień do nieprzyjaciela otwierać tylko w razie konieczności.

Starcie z patrolem

Spokój trwał tylko do godziny 11. To wtedy na stanowiskach 2 kompanii zabezpieczającej wjazd do lasów od Kossowa wjechała furmanką Niemcy ze Szczekocin. Zauważyli oni partyzancką placówkę do której otworzyli ogień. Partyzanci zareagowała tak samo powodując ich ucieczkę w kierunku Kossowa. Kilku napastników zostało rannych, a jeden (także ranny) został schwytany.

     Niedługo później kapral Letosław Brandt „Ramzes” dotarł do dowódcy I batalionu, który miał swoje stanowisko na skrzyżowaniu dróg Kossów - Dąbie z odgałęzieniem na Budki-Pączków. Opowiedział on o przebiegu akcji oraz przywiózł rannego Niemca na koniu.

     „Marcin” poinformował o zdarzeniu majora „Roztokę” i ppłk „Kruka”. Dowództwo zdało sobie sprawę, że po dekonspiracji miejsca postoju oddziałów należy spodziewać się niemieckiego uderzenia. Czas potrzebny na niemieckie przygotowania oceniono na 3 godziny. Tak jak poprzedniego dnia tak i teraz oddziały postanowiły przyjąć walkę aby wieczorem oderwać się od nieprzyjaciela i przejść w inny teren.

     Kolejne wiadomości nadeszły od kawalerzystów. Około godziny 12 sierżant „Zeus” meldował do dowództwa, że do młyna przybył niemiecki oddział Wehrmachtu w sile około kompanii. Oddział nie przejawia jednak zamiaru wchodzenia do lasu.

Trzy szturmy Niemców

Bronisław Skura-Skoczyński "Robotnik"

Tak jak przewidziało dowództwo, Niemcy w sile około 2 kompanii, nadciągnęli około godziny 14 od strony Chlewic do Kossowa. Po przejściu wsi rozwinęli się po obu stronach drogi prowadzącej na Budki-Pączków.

     Niemcy posuwali się do przodu ostrożnie bowiem teren był przez nich nierozpoznany. Żołnierze AK z 2 kompanii na którą szło natarcie nie otwierali ognia karnie wykonując polecenie Bronisława Skury-Skoczyńskiego „Robotnik”, dowodzącego kompanią w zastępstwie rannego dowódcy. Napastnicy zostali podpuszczeni na bliską odległość i dopiero wtedy ostrzelani huraganowym ogniem, a należy wspomnieć, że kompania znacznie dozbroiła się dzień wcześniej. Na placu pozostało kilkunastu zabitych i rannych, a główne niemieckie siły wycofały się do Kossowa.

     Zajmując stanowiska na skraju wsi pobite oddziały otworzyły ogień do stanowisk partyzanckich nie pozwalając zabrać broni z przedpola. Po pewnym czasie niemieckie oddziały ponowiły atak na partyzanckie pozycje, ale i tym razem zostały odparte.

     Niemieckie oddziały wycofały się i zmieniły taktykę. Pozycie partyzantów zostały zasypane huraganowym ogniem ciężkich karabinów maszynowych – jeden z nich Niemcy ulokowali na budynku w wiosce.

     Nie mogąc zdobyć stanowisk 2 kompanii atakiem na wprost Niemcy przegrupowali siły i postanowili obejść stanowiska partyzanckie z prawej strony. Trafili jednak na stanowiska 5 kompanii (dowódca Tadeusz Kamliński "Boryna") II batalionu i także tam ponieśli klęskę.

     Zapadający zmrok przerwał walkę. Niemcy wycofali się do Chlewic gdzie mieli swoją bazę wypadową. Według relacji wywiadu AK i miejscowych chłopów po walce zwieźli do Chlewic ok. 90 zabitych i rannych. Oddziały AK miały jednego rannego. Był nim strzelec Jerzy Król „Bór”

Podsumowanie i odskok

"Kruk" po zrzucie w lasach włoszczowskich

Dowództwo zgrupowania zdawało sobie sprawę, że także tym razem musi jak najszybciej opuścić teren bitwy bowiem rozpoznanie miejsca stacjonowania sprawi, że następnego dnia teren zostanie otoczony.

     Walki tego dnia nasuwają przypuszczenie, że brały w nich udział oddziały niezaangażowane w operację antypartyzancką. Twierdzenie takie potwierdza fakt, że gdy w okolicach Kossowa toczyły się walki, stacjonująca z drugiej strony kompleksu leśnego (w młynie na Białej Nidzie) kompania niemiecka nie wkroczyła do walki.

     Walka była jednak jasnym sygnałem dla sił niemieckich gdzie stacjonują oddziały dlatego nie dając czasu na odpoczynek oddziały natychmiast wyruszyły z lasów kwilińskich i przekroczyły Nidę w rejonie wsi Dąbie. Jak podają materiały źródłowe niedługo później brzegi rzeki zostały obsadzone przez oddziały niemieckie zamykające pierścień okrążenia.

      Tego wieczoru cichociemny ppłk Przemysław Nakoniecznikoff-Klukowski „Kruk” opuścił zgrupowanie. W asyście zwiadu konnego ppor. Mariana Niteckiego „Pikadora” został odprowadzony do majątku Raszków. Stamtąd kolejką dotarł do Krakowa, gdzie zameldował się w dowództwie AK.

Gwoli wyjaśnienia dodajmy, że "Kruk" przebywając na terenie Okręgu Kielce był w dyspozycji Komendy Głównej AK, ale nie pełnił żadnej funkcji na terenie Okręgu Kielce. Nie był tym samym zastępcą dowódcy Kieleckiego Korpusu AK jak podają niektóre źródła. Jego wyjazd związany był z faktem, że już 24 października 1944 r. mianowany przez Komendanta Głównego AK na Komendanta Okręgu Kraków. Rozkaz został przesłany drogą radiową do zgrupowania partyzanckiego z opóźnieniem. Z chwilą jego otrzymania oficer natychmiast go wykonał. 

Bitwa pod Lipnem - 29 października 1944 r.

Jeszcze wieczorem oddziały zgrupowania rozpoczęły 20-kilometrowy marsz, aby o świcie zapaść w lasach w okolicach Lipna. Dowódcy liczyli, ze tym razem uda się wymknąć obławie. Niemcy liczyli, że partyzantów uda się jak najszybciej osaczyć. 

Odskok

Mapa terenu bitwy

28 października po zakończeniu walk major Adam Szajna „Roztoka” podjął decyzję o natychmiastowym opuszczeniu zagrożonego terenu o czym poinformował dowódców na naradzie. Prawdopodobnie jeszcze przed zapadnięciem zmroku oddziały wyruszyły z lasów kwilińskich i przekroczyły Nidę w rejonie wsi Podłazie kierując się na Dąbie. Jak podają materiały źródłowe niedługo później brzegi rzeki zostały obsadzone przez oddziały niemieckie zamykające pierścień okrążenia.

     Tak jak poprzedniej nocy oddziały poruszały się w następującym szyku: zwiad konny, którego zadaniem było sprawdzenie terenu, pluton straży przedniej, I batalion 74 pp, tabory, II batalion 74 pp i  jako straż tylna I batalion 2 ppLeg.

     Po ponad 20-kilometrowym marszu oddziały zapadły w lasach majątku Lipno. Idące jako straż tylna kompanie 2 ppLeg. weszły do lasu już o świcie.

Ugrupowanie obronne

Dowództwo 7 Dywizji Piechoty, 74 pp, zwiad konny oraz pluton osłony radia zajęły kwatery we wsi Michałów. Dowództwo nakazało wszystkim oddziałom zajęcie obrony okrężnej.

Przemarsz oddziałów 2 ppLeg. - październik 1944 r.

Oddziałom 74 pp wyznaczono następujące stanowiska:

-kierunek na Rząbiec miała pilnować placówka wystawiona przez pluton osłony radia. Wystawił on placówkę na skrzyżowaniu drogi prowadzącej z Michałowa do drogi Rząbiec – Henryków,

-kierunek na Rząbiec pilnowany był przez II batalion Franciszka Pieniaka „Przebój”, który kwaterując w Wymysłowie ubezpieczał drogę i zajął stanowiska wzdłuż wioski z frontem na południowy-zachód,

-kierunek od Ludyni – wzdłuż drogi na Wymysłów i bezpośrednio przez pola – pilnowany był przez kompanie 1 i 3 z I batalionu Mieczysława Tarchalskiego „Marcin” kwaterujące w samym Wymysłowie,

-2 kompania  I batalionu 74 pp, którą dowodził Bronisław Skura-Skoczyński „Robotnik” w zastępstwie rannego por. „Andrzeja”, zajęła kwatery we wsi Henryków i ubezpieczała zgrupowanie od strony Kozłowa i Małogoszcza.

     Batalion 2 ppLeg. pod dowództwem Eugeniusza Kaszyńskiego „Nurt”, który szedł w straży tylnej, jako ostatni wszedł do kompleksu leśnego i zajął stanowiska obronne w jego południowej części. Dowódca określił trzy kierunki ewentualnego zagrożenia tj. od Lasochowa i Wiśnicza ze wschodu, z kierunku Lipna z południa i od Przygradowa z południowego zachodu. „Nurt” tak rozmieścił swoje kompanie (były to już jednostki szczątkowe, liczące od 40 do 80 żołnierzy), że tworzyły rodzaj obozu warownego z wysuniętymi na przedpole czujkami.

Plan rozmieszczenia według "Marcina" zawiera kilka nieścisłości

Szczegółowy układ rozmieszczenia oddziałów:

- kierunek południowy od strony wsi Lipno zabezpieczała kompania Jerzego Stefanowskiego „Habdank”, która wystawiła na groblę pomiędzy stawami placówkę Romualda Szumielewicza „Gwer”

- kierunek południowo-zachodni od strony wsi Przygradów zabezpieczała kompania Władysława Czerwonki „Jurek” z wysuniętą placówką Izaaka Czyżyka „Adam”,

-kierunek wschodni od strony Lasochowa i Wiśnicza ubezpieczany był przez kompanię „Szorta” z wysuniętą placówką „Gajowego”,

-kierunek północny – droga z Kozłowa – także był dozorowany przez kompanię Tomasza Wagi „Szort”, która wystawiła tu placówkę Zdzisława Rachtana „Halny” (miała ona na skrzydle kontakt z 2 kompanią I bat. 74 pp)

-w odwodzie pozostawała kompania Mariana Świderskiego „Dzik”

Niemieckie rozpoznanie

Oddziały AK przez pierwsze godziny nie były niepokojone. Niemieckie dowództwo poszukiwało zapewne śladów partyzantów którzy wymknęli się z pierścienia okrążającego lasy kwilińskie. Spokój skończył się ok. godziny 10 gdy nadleciał niemiecki samolot rozpoznawczy „Storch”. Niemieckie rozpoznanie lotnicze zadowoliło się wykryciem oddziałów „Nurta” i nie było kontynuowane w głębi lasów gdzie stacjonował 74 pp co miało później swoje konsekwencje.

     Prawdopodobnie w tym samym czasie do zgrupowania powróciła ta część zwiadu konnego która odprowadzała ppłk Przemysław Nakoniecznikoff-Klukowskiego „Kruk” do Raszkowa.

     Na godzinę 13.00 major „Roztoka” zarządził w swojej kwaterze odprawę z dowódcami batalionów oraz kompanii (z 74 pp). Dowódcę batalionu 2 ppLeg. reprezentował Leszek Popiel „Antoniewicz”, adiutant dowódcy

     Prawdopodobnie już podczas odprawy oficerowie słyszeli odgłosy  rozpoczynającej się walki na odcinku bronionym przez „Nurta. Potwierdziło to przypuszczenia, że Niemcy mogą atakować właśnie od południowej strony, ale liczono, że uda się utrzymać linię obrony do wieczora opierającą się w dużej części o stawy rybne.

     Ustalono, że z chwilą zwiększenia niemieckiego nacisku oddziały będą wycofywały się w kierunku północnym aby zająć linię obrony obok lasu ciągnącego się wzdłuż torów kolejowych

     Ustalono także, że po zapadnięciu zmroku wszystkie oddziały przejdą tory kolejowe i udadzą się w kompleks leśny w rejonie gajówki Jamskie.

Czołg w lesie

Piat na stanowisku - październik 1944 r.

Narada została przerwana przed godziną 14 gdy obradujący usłyszeli gwałtowną strzelaninę dochodzącą z pobliskiej placówki obsadzonej przez pluton osłony radia. Dowódcy udali się do swoich oddziałów. Po sprawdzeniu sytuacji na placówce (na skrzyżowaniu drogi prowadzącej z Michałowa do drogi Rząbiec – Henryków) okazało się, że od strony Rząbca wprost na placówkę nadjechał czołg. Placówka ostrzelała go, a ten odpowiedział ogniem z karabinu maszynowego oraz z działa. Zapał niemieckich czołgistów został ostudzony gdy ich pojazd został ostrzelany z piata. Strzał, choć niecelny, odniósł ten skutek, że czołg zawrócił i wycofał się do Rząbca.

     Atak ten dziś możemy odczytać jako element przygotowanej przez Niemców operacji. Rozpoznanie lotnicze wykryło tylko zgrupowanie „Nurta”, o pozostałych oddziałach Niemcy nie mieli pojęcia wysłali więc w głąb lasu czołg, zapewne pierwszy jako rozpoznanie. Nigdy czołgi nie zapuszczały się do lasu bez wsparcia piechoty. Tym razem Niemcy zdecydowali się na taki ruch bowiem nie wiedzieli o znajdujących się tu oddziałach. Plan niemiecki zapewne przewidywał wyjście czołgiem (czołgami?) na zaplecze oddziałów „Nurta” i ich rozbicie.

Krwawy szturm

Jedyny moździerz znajdujący się na stanie batalionu „Nurta”. Przy broni Serwacy Chruściński „Tudor” obok stoi Eugeniusz Kaszyński „Nurt” - październik 1944 r.

Wspomniane już rozpoznanie lotnicze i jego efekty sprawiło, że około południa w rejon wsi Lipno i Przygradów nadciągnęły pierwsze siły niemieckie przewidziane do ataku. Około godziny 14 niemieckie moździerze obłożyły ogniem lizjerę lasu a pod jego osłoną do szturmu ruszyły wyznaczone oddziały.

     Główne uderzenie siłami batalionu i przy wsparciu samochodu pancernego wyszło z rejonu Przygradowa z zamiarem wyminięcia stawów po zachodniej ich stronie. W pierwszej fali do szturmu poszła niemiecka kompania wojska zatrzymana ogniem ubezpieczającej ten kierunek drużyny „Adama”. Dysproporcja sił była jednak olbrzymia i tylko kwestią czasu było wycofanie placówki. Natychmiast poproszono o pomoc. Dowódca kompanii skierował wzmocnienie w sile jednej drużyny, a wobec nadjeżdżającego samochodu pancernego „Nurt” skierował na ten odcinek jedyny znajdujący się na stanie batalionu moździerz. Obsługiwali go Michał Mandziara „Siwy”, Stanisław Pałac „Mariański”, Jerzy Stefanowski „Habdank” i ogniomistrz Marian Łyżwa „Żbik”. Pierwszoplanową rolę w obsudze moździeża miał "Marianski". Metodą "po lufie" potrafił on prowadzić celny ogień z moździeża, który miał uszkodzone przyrządy celownicze. Prowadzony przez niego ogień był  celny, a jeden z pocisków unieruchomił też samochód pancerny. Ostatecznie natarcie zostało powstrzymane.

     Pomocnicze natarcie zostało skierowane z Lipna przez groblę na stanowiska obsadzone przez placówkę „Gwera”. Także tutaj atak został poprzedzony ostrzałem moździerzy. Do szturmu ruszyła kompania niemieckiego wojska. Jej zadanie było trudne bowiem nacierała ona wzdłuż drogi biegnącej groblą pomiędzy stawami. Pierwsze straty atakujący ponieśli z chwilą gdy weszli na założone przez saperów miny. Dodatkowo silny ogień z dwóch rkm-ów sprawił, że atak załamał się przy dużych stratach szturmujących. Aby pozostała cześć niemieckiej kompanii mogła się wycofać stanowiska partyzanckiej placówki zostały obłożone ogniem moździerzy. Przytłumił on nieco ogień żołnierzy AK pozwalając wycofać się Niemcom.

Drugie podejście Niemców

Na głównym kierunku uderzenia, od strony Przygradowa, Niemcy do walki wprowadzili kolejne pododdziały. Przygotowanie do ataku rozpoczął ostrzał moździerzy. Pod jego osłoną do szturmu ruszyły oddziały wykorzystując rozległy odkryty teren od wsi do lasu. Przewaga atakujących była znaczną stąd obie drużyny musiały się cofnąć w głąb lasu na główną linię obrony. Dobrze wybrane i zamaskowane stanowiska sprawiły, że straty partyzantów były minimalne: lekko ranny był jedynie strzelec Zdzisław Szczechura „Czarny”. 

Narada Dowódców: pośrodku Eugeniusz Kaszyński „Nurt” z prawej tyłem Marian Świderski „Dzik” - październik 1944 r.

     Cofnięcie kompanii „Jurka” do lasu spowodowało niebezpieczną sytuację: drużynie „Gwera” zajmującej stanowisko na grobli groziło odcięcie. Jej sytuacja była zresztą i tak ciężka bowiem Niemcy nie mogąc sforsować grobli obłożyli ją silnym ogniem moździerzy. Zmusiło to „Nurta” do wycofania placówki. To podczas tego manewru na swoim stanowisku pozostał ranny starszy strzelec Aleksander Jastrzębski „Alan”. Wybiegając nieco wprzód dodajmy, że po zajęciu grobli przez Niemców został przez nich dobity.

     Po wycofaniu drużyna „Gwera” dołączyła do głównej linii obrony kompanii „Habdanka”. W tym czasie była to najmniej liczna kompania (liczyła ok. 40 żołnierzy). Mimo szczupłości sił z powodzeniem broniła ona swojej głównej linii obrony w lesie. Drużyna „Gwera” zajęła miejsce na jej prawym skrzydle nawiązując kontakt z odpierającą ataki od Przygradowa kompanią „Jurka”.

Odejście 74 pp

Potyczka z niemieckim czołgiem podczas odprawy oraz nie cichnący głos walki sprawił, że major „Roztoka” postanowił zrealizować decyzję podjętą podczas odprawy: oddziały przechodzą do północnej części lasu. Nakazano likwidację taborów (wozy pozostawiono we wsi), a niezbędny materiał załadowano do końskich juków. Ostatecznie oddziały ściągnęły swoje placówki i zajęły stanowiska pomiędzy stawami, a linią kolejową wystawiając silne ubezpieczenia na drogę z Nieznanowic do Ludyni. Kierunek na Nieznanowice ubezpieczany był przez 5 kompanię II batalionu, a kierunek na Ludynię dozorowały placówki I batalionu.

     Dowódca 74 pp o zamiarze zmiany stanowisk nie poinformował niestety walczących w południowej części oddziałów. Zapewne decyzja o przegrupowaniu była też pochopna. "Roztoka" powinien najpierw zorientować się w sytuacji wszystkich oddziałów, a nie tylko swojego pułku. 

     Tak się niestety nie stało i doprowadziło to do sytuacji gdy odsłonięte zostały skrzydła batalionu „Nurta”. Odejście żołnierzy 74 pp odkryte zostało przez drużynę „Halnego” która sąsiadowała z 2 kompanią 74 pp ubezpieczając drogę od Kozłowa.

Narada dowódców: z lewej Władysław Czerwonka „Jurek”, pośrodku Stanisław Pałac „Mariański” z prawej Mieczysław Cebula „Baca” – październik 1944 r.

      Poinformowany o sytuacji „Nurt” uzupełnił luki wprowadzając do walki, pozostającą dotychczas w odwodzie, kompanię „Dzika”. Ubezpieczenie od strony Kozłowa objęła drużyna Józefa Kempinskiego „Krótki”, która zaminowała drogę i nawiązała kontakt na prawym skrzydle z palcówkami kompanii „Szorta”.

Szturm od Kozłowa

Ustabilizowanie linii walki na kierunkach od Przygradowa i Lipna sprawiło, że niemieckie dowództwo podjęło decyzję o rozpoczęciu ataków od strony wschodniej. Prawdopodobnie na tym kierunku Niemcy do walki wprowadzili siły wielkości batalionu.

     Niemiecki atak na tym kierunku szedł wzdłuż drogi z Kozłowa (od folwarku Lesisko) do Lipna. Stanowiska na tym odcinku zajmowała kompania „Szorta”. Na prawym skrzydle usadowiła się placówka Alfonsa Fiszlaka „Gajowy”. W opuszczonej stodole stanowisko zajmuje rkm który skutecznym ogniem powstrzymuje atakujących przez łąki Niemców. Skuteczny ogień skupił na stodole niemiecki ostrzał. Ranny zostaje celowniczy rkm NN „Mścisław”. Funkcję celowniczego przejmuje zastępca dowódcy kompanii Andrzej Gawroński „Andrzej”. Ranny zostaje także celowniczy piata – kapral Arkadiusz Wnętrzak „Dan”. Straty wśród partyzantów oraz silny niemiecki nacisk wsparty ogniem granatników spowodowały wycofanie placówki ubezpieczającej na lizjerę lasu gdzie główne stanowiska zajmowała cała kompania.

     Od strony Kozłowa Niemcy przeprowadzili także drugi atak przez wieś Henryków. Na tym kierunku, jak już pisaliśmy, placówkę ubezpieczającą stanowiła drużyna „Krótkiego” z kompanii „Dzika”. Ubezpieczenie założyło na drodze ładunki wybuchowe. Najechał na nie czołg (być może samochód pancerny), który został uszkodzony. Atakująca niemiecka piechota postanawia obejść bokiem partyzancki punk oporu, który jest wysunięty ok. 200 metrów od głównej linii obrony. Ruch ten wymusza wycofanie drużyny „Krótkiego”,  która traci kontakt ze swoimi głównymi siłami.

     Impet szturmu przyjmują na siebie zajmujący główne stanowiska żołnierze „Dzika”. Kompania zajmuje pozycje na skraju lasu, ale Niemcy mają do niej wygodne podejście. Do walki wprowadzane są świeże pododdziały, a partyzanckie stanowiska zasypywane są celnym ogniem moździerzy i ciężkiego karabinu maszynowego zajmującego stanowisko na wprost partyzanckich pozycji. Niebezpieczeństwo przerwania linii obrony zażegnuje „Nurt” przysyłając wsparcie w postaci obsługi moździerza. Także tu celne strzały kierowane przez "Mariańskiego" likwidują stanowisko ckm.

Stabilizacja i kres walki

Po zmuszeniu do wycofania placówek ubezpieczających walka była prowadzona w oparciu o główne linie obrony. Niemcy na każdym z kierunków próbowali jeszcze zepchnąć poszczególne kompanie w głąb lasu, ale nigdzie nie udało im się uzyskać powodzenia. Po trwających 4 godziny walkach, wraz z zapadającym zmrokiem, strzały ucichły.

Punkt sanitarny; w celcie doktor Władysław Chachaj „Andrzej”, siedzi sanitariuszka Edyta Nawratil „Baśka” – koniec października 1944 r.

     Straty I batalionu 2 ppLeg. wynosiły jeden poległy: starszy strzelec Aleksander Jastrzębski „Alan” oraz 3 ciężko rannych: kapral Arkadiusz Wnętrzak „Dan”, strzelec NN „Mścisław” i strzelec NN „Szarotka”. Część materiałów podaje, że rannych było 8 żołnierzy, ale być może kolejni mieli tylko lekkie obrażenia. Od ognia artylerii i pocisków moździerzy zabitych zostało też 5 koni taborowych.

     Niemcy do walki z batalionem „Nurta” wprowadzili łącznie co najmniej 4 kompanie piechoty oraz siły policyjne stanowiące równowartość 1-2 kompanii. Wspierały ich co najmniej dwa wozy pancerne które zostały uszkodzone. Na podstawie danych zebranych we wsiach Lipno i Przygradów straty niemieckie można ustalić łącznie na ponad 80 ludzi z czego kilkudziesięciu zabitych. Nieznane są siły niemieckie użyte do przeczesywania lasów w części północnej, ale pewne jest, że wspierały je czołgi.

Odwrót

Kiedy z nastaniem szarówki cichły walki na odcinku bronionym przez batalion „Nurta” Niemcy postanowili zamknąć pierścień okrążenia zgrupowania wprowadzając swoje siły na drogę Nieznanowice – Ludynia. Jadące od strony Nieznanowic czołgi wjechały na stanowiska zajmowane przez 5 kompanię z II batalionu  (dowódca Tadeusz Kamliński „Boryna”). Jeden z nich został uszkodzony co spowodowało, że Niemcy zaprzestali ruchu w tym kierunku pozostawiając dojście do torów niezabezpieczone. Czołg ten został kilka dni później przetransportowany przez Niemców do Włoszczowy.

     Natychmiast po tej walce oddziały 74 pp AK nie informując o tym „Nurta” opuściły kompleks leśny przechodząc wczesnym wieczorem przez tory kolejowe i udając się w okolice gajówki Jamskie, gdzie dotarły około północy.

     Tej samej nocy kompleks leśny opuścił także batalion „Nurta”, który po przejściu ok. 15 kilometrów dotarł do Chotowa. 

Demobilizacja

Około północy z 29 na 30 października 1944r. pułk dotarł w rejon Zabrodzie, Zmarłe, gajówka Jamskie. W samej gajówce dowódca pułku natychmiast zwołał odprawę oficerów.

     Podsumowano prowadzone przez ostatnie trzy dni walki, ale jednocześnie uznano, że w obliczu wprowadzania przez wroga nowych oddziałów pułkowi grozi zagłada. Ostatecznie dowódca pułku zarządził natychmiastowe rozczłonkowanie pułku i rozejście się kompanii do wyznaczonych wcześniej rejonów. Tam kompanie mają się rozmundurować i zamelinować broń, sprzęt i ludzi. Jako miejsce postoju dowództwa 74 pp mjr „Roztoka” wyznaczył Kuczków. Ustalono także gdzie będą znajdować się skrzynki pocztowe batalionów i kompanii. Około godziny 1 w nocy pododdziały wyruszyły w drogę, a pułk przestał istnieć jako zwarta jednostka.

     W gajówce Jamskie pozostał jedynie dowódca pułku w towarzystwie swojego adiutanta por. Bronisława Pietruszki „Jednoróg” oraz szefa pułku st. sierż. Stanisława Borowika „Wojewódzki”. Przenocowali na sianie w stodole gajówki. Wczesnym rankiem obudził ich warkot motoru niemieckiego czołgu lub wozu pancernego, który zatrzymał się przy gajówce, ale po chwili odjechał.
     Dzięki pomocy gajowego przebrali się w cywilne ubrania i dostarczoną przez niego furmanką, jadąc bocznymi drogami, bez przeszkód dojechali do Kuczkowa.

Obsada personalna

Na przestrzeni miesiąca działalności pułku udało się ustalić jego następującą obsadę personalną:

Dowódca:

-mjr. Hipolit Świderski „Jur”, „Szary” –od 29 wrzesień 1944r. do 30 wrzesień 1944r.
-mjr. Adam Szajna „Roztoka” – od 30 wrzesień 1944r.

Adiutant dowódcy pułku:

Kugler Tadeusz „Marian”, „Andrzej”

por. Bronisław Pietruszka „Jednoróg” – od 29 wrzesień 1944r.

Oficer Informacyjny:

- por. Antoni Jacuński „Rak” - od 29 wrzesień 1944r.

Kwatermistrz:

- ppor. Tadeusz Kugler „Marian”, „Andrzej” –od 29 wrzesień 1944r.

Szef pułku:

- st. sierż. Stanisław Borowik „Wojewódzki” – od 29 wrzesień 1944r.,

Lekarz pułku:

- dr por. Jerzy Kasperski „Tulipan” – od 29 wrzesień 1944r.

Kapelan pułku:

- ks. kapelan Stanisław Czernik „Burza” – od 29 czerwiec 1944r.

Służby

     Na potrzeby obsługi sztabu pułku pracowała także jedna łączniczka, dwóch gońców i koniowodny. Niektóre źródła podają, że podlegał mu także pluton zwiadu konnego liczący ok. 20 żołnierzy, ale być może chodzi o zwiad konny I batalionu 74 pp pod dowództwem ppor. Tadeusza Sikorskiego „Rogacz”. Niestety nie jesteśmy w stanie ustalić, czy w okresie od 29 wrzesień do koniec października pozostał on w strukturze batalionu czy faktycznie podlegał dowódcy pułku.

Wróć